Ukraina 2002

 

Po zeszłorocznym Krymie postanowiliśmy udać się jeszcze raz na Ukrainę, tym razem poświęcając nasz urlop na zwiedzanie miast.

Termin: 16.VIII - 31.VIII.2002

Uczestnicy: Iza, Asia, Marcin, Artur

Trasa: Warszawa - Tarnów - Przemyśl - Medyka - Lwów - Odessa - Akerman - Kijów - Kamieniec Podolski - Chocim - Chmielnicki - Lwów - Przemyśl - Warszawa

ukr02111.jpg ukr02111.jpg ukr02111.jpg

więcej zdjęć w galerii

Wyjazd do Lwowa
16-17.VIII.2002 (piątek-sobota) - polskie miasto Lwów
Jestem Iza z Marcinem ledwo zdążają na pociąg do Tarnowa. Pojechali nie na ten dworzec. Hmm… A mieli zająć miejsca… Ja z Arturem w napięciu ich oczekujemy, a oni przybiegają na 3 minuty przed odjazdem pociągu. Uff… Podróż jako taka. W Tarnowie przesiadka. Jemy na dworcu m.in. jajecznicę. A w pociągu do Przemyśla jeszcze trochę śpimy. Jesteśmy na miejscu o 9.30. Bierzemy busa do Medyki. Kosztuje nas to 2 złote. Przechodzimy przez granicę. Musimy wykupić ubezpieczenie. Bierzemy takie na 5 dni, bo najtańsze, tylko 12 hrywien. Jedziemy marszrutką do Lwowa, co nas kosztuje 6 hrywien. Cena w zależności od humoru kierowcy. Spotykamy Polaków, którzy z Lwowa przyjechali za 10 hrywien. We Lwowie czekamy trochę na dworcu aż Marcin dodzwoni się do naszego „kontaktu” w tym mieście. W międzyczasie otaczają nas małe cyganiątka prosząc o kopiejki. Idziemy do kwatery, a raczej zwykłego mieszkania w bloku. Tam rozgaszczamy się. Nie ma na razie wody, ale to nie nowość we Lwowie, bo tam często nie ma wody.
Wczesnym popołudniem wyruszamy na małe rozpoznanie terenu czyli miasta. Oglądamy z zewnątrz operę, pomnik Mickiewicza, zaporożca, a także kamieniczki, bramy, kościoły, Szewczenkę, ratusz, rynek. Na deptaku „Prospekt Swobody” na ławkach gra w szachy i nie tylko wre. Kibice zapatrzeni nie widzą, co się wokół dzieje. Zasiadamy w cukierence na ciacho i herbatkę. Po lekkim ściemnieniu się postanawiamy wrócić do naszej „kwartiry”. Czekamy na marszutkę. Oczywiście nie ma ani rozkładu jazdy, ani godzinowego, ani trasowego. Zatem po dość długim czasie oczekiwania okazuje się, że czekamy nie w tym miejscu. To nic. To są uroki Ukrainy, które przecież chcemy poznać jak najlepiej. Wracamy marszrutą, ale już z innego miejsca. Drogi są tu brukowane, więc czujemy bardzo naszą jazdę w naszych wnętrznościach, zwłaszcza że ukraińscy kierowcy marszrutek to niedoszli rajdowcy formuły 1. W domciu próbujemy planować kolejne dni we Lwowie… i spać.

ukr02121.jpg ukr02121.jpg ukr02121.jpg

więcej zdjęć w galerii

Pierwszy dzień we Lwowie
18.VIII.2002 (niedziela) - mocne zwiedzanie
Do zwiedzania mamy zaplanowane: operę, dwie katedry, ratusz i obejrzenie panoramy z wieży ratuszowej, cytadelę, park stryjski. Zobaczymy co wyjdzie z planów. Zwiedzamy Katedrę Ormiańską, Kościół Przeobrażenia. Idziemy na rynek, gdzie znajduje się ratusz z wieżą widokową na całe miasto. Następnie oglądamy polską katedrę, gdzie odbywają się msze w naszym języku oraz maleńką katedrę Boomów. Wstępujemy do piwnicznej restauracji, w której się posilamy. Chodzimy po Lwowie oglądając ładne, ale zaniedbane kamieniczki. Zaglądamy na chwilę do Monastyru Dominikańskiego, w którym akurat odbywa się koncert. Nasze dalsze kroki kierowane są do opery. Oglądamy salę lustrzaną i widownię, która robi na nas bardzo duże wrażenie. Następnie udajemy się do kolejnego zaplanowanego miejsca, a mianowicie do cytadeli, która totalnie rozczarowuje i już na początku wycieczki uznajemy ją za „najgorsze zwiedzane miejsce”. Z cytadeli wracamy uliczkami oglądając znów ciekawe kamienice. Po drodze mijamy hotel – zamek, który jest bardzo ładny i wytworny (na Glinkach). Według mapy postanawiamy jeszcze obejrzeć Kościół świętego Jury (Jerzego) i świętych Olgi i Elżbiety (neogotycki), tylko z zewnątrz bo akurat są zamknięte.

Refleksje po pierwszym pełnym dniu we Lwowie:
1) polskie miasto (piszą i mówią po polsku, opera zbudowana przez Polaków)
2) coś śmierdzi
3) marszrutki mają dziwne przystanki (znaczy nie wiadomo gdzie)
4) właściwie nie ma przejść dla pieszych
5) nie dość że drogi są brukowane co jest odczuwalne przy jeździe to jest mnóstwo wertepów a tory od tramwajów są krzywe

6) po naszym dniu we Lwowie okazuje się że „świetnie” znamy ukraiński tudzież rosyjski:
-Marcin patrząc na napis fryzjer (po ukraińsku: „perukar”) stwierdza, że to coś z kawą czyli jakaś kawiarenka.
-Ja czytając „perkuarnia” odnosi wrażenie że to piekarnia i chce kupić chleb.
-Artur usłyszawszy od strażnika na wieży widokowej m.in. słowo „czias” uznaje, że czas nam się kończy a pan chciał pokazać nam tylko mechanizm zegara.

ukr02131.jpg ukr02131.jpg ukr02131.jpg

więcej zdjęć w galerii

Cmentarze we Lwowie
19.VIII.2002 (poniedziałek) - szwendanie po mieście
Jedziemy najpierw na dworzec kupić bilety do Odessy, ale wsiadamy nie w tę marszrutę, co potrzeba, więc nadrabiamy na piechotę. A następnie tramwajem. Daleko nie ujeżdżamy, bo w gdzieś centrum był wypadek i zrobił się korek. Należy wspomnieć, że nikt przy tym nie przestrzega przepisów drogowych i tramwaj po prostu nie może jechać, bo go nikt nie przepuszcza. Nie pomaga nawet wyjście z tramwaju pani motorniczej i stanięcie na środku jezdni. Zatem postanawiamy iść dalej pieszo po drodze kupując ulubione słodkie bułeczki, które były podstawą naszego żywienia się na Ukrainie. Docieramy na wzgórze, skąd rozpościera się widok na miasto. Jednak nas nie zachwyca, a raczej rozczarowuje i uznajemy, że ładniejszy był z wieży ratuszowej. W drodze powrotnej szwendamy się uliczkami, a raczej podążamy za Marcinem, który prowadzi nas do ciekawych kamieniczek i uliczek jakby był rodowitym Lwowiakiem. Oglądamy wiele polskich napisów. Udajemy się na cmentarz Łyczakowski, w którego obszarze znajduje się również słynny „Cmentarz Orląt Lwowskich”. Obydwa cmentarze robią na nas duże wrażenie. Na cmentarzu Łyczakowskim jest wiele starych polskich grobów, grobów partyzantów, a także grobów komunistów.  „Nasz” cmentarz „Orląt Lwowskich” jest bardzo zadbany. Kupujemy cegiełkę na utrzymanie cmentarza. Wracamy, choć można by spędzić na cmentarzu cały dzień wyszukując coraz to ciekawsze groby. Przeżywamy „Lwów by night”. Na deptaku nadal grają w szachy, ale pojawia się młodsze pokolenie. Generalnie Lwów żyje.

ukr02141.jpg ukr02141.jpg ukr02141.jpg

więcej zdjęć w galerii